W Oparach Absurdu

1401425_60498276

Kompleksy basenowe, źródła termalne, solanki itp…miejsca zachęcające do rekreacji i aktywności fizycznej. Chętnie odwiedzane przez rzesze rodaków spragnionych uciech wodnych. Myślałby kto 🙂 W minioną niedzielę wraz z przyjaciółmi  wybraliśmy się do Mszczonowa za Sochaczew .Cena wejściówki w kwocie 80 zł od łebka ,całkowicie nieadekwatnej do tego co tam zastałam zwalała z nóg. Pomimo wysokich cen wstępu trzeba odstać swoje dwie godzinki w kilometrowych kolejkach aby potem poleżeć na kocyku…dosłownie. Aktywność fizyczna jakiej można by było spodziewać się po miejscach tego typu jest tam znikoma. Nie to jest jednak najsmutniejsze. Najsmutniejsza jest ilość wielkich brzuchów zalegająca na kocykach. Wielkie napompowane balony błyszczały w słońcu od potu jaki wylewał się w związku z targaniem takiego towaru. Brzuchacze w porażającej większości byli mężczyznami. Zaobserwowałam też zadziwiającą zależność jaka cechowała właścicieli monstrualnych bebzoli. Prawie wszyscy posiadali złote łańcuchy na szyjach. Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad związkiem kałduniatych ze złotą kejdą. Może była to oznaka przynależności do jakiegoś tajemnego bractwa np. wzdętodupców?…sama nie wiem 😉 W każdym razie żar lał się z nieba, głęboki basen był prawie pusty z pewnością ze względu na mało atrakcyjną temperaturę wody jaka w nim panowała. Postanowiłam to wykorzystać i popływać w miejscu gdzie nie czułabym się jak ściśnięty w słoiku ogór. Przyjemnie było potem schnąć na takim letnim słońcu. I tak sobie siedząc i schnąc obserwowałam brzuchatych :-)…koledzy z kocyka obok prowadzili miłą konwersację polewając do plastiku czystą gorzałę. Kiedy skończyła im się już wódka przerzucili się na browary, które schodziły na basenach jak ciepłe bułeczki. Patrzę dalej i widzę jak ich wierne i kochające partnerki z troską donoszą im hamburgery. Pewnie z obawy o to aby w kałdunie nie zabrakło atrakcji. Może jestem zbytnią idealistką ale pomyślałam sobie, że fajnie by było w takich miejscach móc kupić jakiś owoc…lub po prostu domową zupę. Zamiast tego zapiekanka co sera w swoim życiu nie widziała i kawałki kurczaka w grubej panierce z frytkami 🙁 Brzuchy młóciły wszystko na pniu. Interes kwitł w najlepsze. I choć pojechaliśmy w miejsce, które kojarzy mi się raczej ze zdrowym stylem życia…to w żadnym innym miejscu nie spotkałam tylu potencjalnych miażdżycowców, udarowców, wieńcowców i zawałowców co na basenach w Mszczonowie :-)…Wracałam z mocnym postanowieniem, że już nigdy w życiu nie tknę kiełbasy 😉